Archiwa kategorii: Bandy UPA

Bandy UPA na ziemi horynieckiej 17 – Hałanie, Werchrata i konfrontacje

Poniższy opis pochodzi z kilku źródeł, są to wspomnienia ludzi, którzy widzieli i przeżyli te wydarzenia, obserwowali rzeczywistość powojenną jak my dziś wydarzenia obok nas. Proszę osoby o słabej psychice o nie czytanie tego tekstu. Opisuję to po to, by utrwalić ginącą historię.

Po Akcji „Wisła” wyłapywano resztki upowskich band, które ukrywały się w różnych miejscach. Jedną z takich akcji był wypad Polskich jednostek na Hałanie. Tam przeszukiwano teren, nagle ze starej wierzby poleciała seria w kierunku żołnierzy i ochotników, kilka osób zginęło. Potem gdy unieszkodliwiono bandziorów, okazało się, że ukrywali się w bunkrze usytuowanym pod dużym murowanym domem, a w starej wierzbie wydrążono dziurę i jedno z wyjść z tego bunkra, skąd otworzono ogień.

Tragiczniejsze wydarzenia miały miejsce w Werchracie, poznamy jeden z przypadków. Tam po wysiedleniu Ukraińców przyjeżdżali ludzie i przeszukiwali domy w poszukiwaniu potrzebnych im rzeczy. Dwóch takich poszukiwaczy weszło do domu nieopodal stacji w Werchracie. Na stolnicy w kuchni zobaczyli świeżo nalepione pierogi, a w garnku z już ostygłą wodą widać było niedogotowane pierogi. Miało się wrażenie, że przed chwilą była tu cała rodzina i nagle zniknęła. Zaglądnęli do piwnicy i osłupieli, na ziemi leżała cała rodzina, każdy z nich był przecięty piłą ręczną na pół, obok leżała zakrwawiona piła…

Bulbowcy (tak nazywano tutaj upowców) wiedząc, że czeka ich kara śmierci, bronili się często do upadłego. Gdy udało się ich pojmać, stawali przed sądem w Rzeszowie. Często na miejscu robione były konfrontacje i ludzie, którzy przeżyli napady band rozpoznawali członków. Tak też było z Zalizniakiem, którego po złapaniu w Czechosłowacji sądzono w Przemyślu. Ludzie podczas konfrontacji zeznawali, mówiąc o jego bandziorskich postępkach, a on zachowywał się, jakby nic się nie stało. Tymczasem okazało się, że w piwnicy domu Bumbarów w Gorajcu osobiście katował i zamęczał ludzi. Jedną z jego ulubionych form tortur było wyrywanie paznokci i zrywanie z ciała skóry paskami. Potem nieopodal cmentarza znaleziono masowy grób z ofiarami.

Bandy UPA na ziemi horynieckiej 16 – bitwa w Bruśnie Starym

2 września 1945 roku na ziemię lubaczowską przyjechały pułki z 3 Dywizji Piechoty. Wielu żołnierzy z tej dywizji już po wojnie miało raczej nadzieję na wyjście z wojska, niż kolejne walki i narażanie życia. Niestety sytuacja w powiecie lubaczowskim była bardzo nieciekawa i toczyły się tutaj regularne bitwy z partyzantami ukraińskimi. Gdy wjeżdżało się na teren powiatu lubaczowskiego od razu można było poznać, że jest to ziemia niczyja. Wszędzie widać było spiłowane słupy telefoniczne, drogi często były zawalone drzewami, mającymi za zadanie uniemożliwić swobodny przejazd. Po lasach grasowały uzbrojone bandy i napadały na ludność cywilną i wojsko. Ukraińska ludność cywilna, gdy dowiedziała się, że wojsko przyjechało wspomagać akcję przesiedleńczą, odnosiło się bardzo nieufnie. Potęgowało to stan zagrożenia wśród żołnierzy. UPA mając dużą pomoc w zasobach ludzkich wśród miejscowych robiła wszystko, byleby nie dopuścić do wysiedleń, nawet dopuszczano się do karania śmiercią tych Ukraińców, którzy dobrowolnie postanowili wyjechać.

Wysiedlane w dzień wioski były od razu palne w nocy przez UPA, ziemia lubaczowska ciągle się paliła, wojsko nie było w stanie upilnować podpalaczy. Często dochodziło do walk między UPA a wojskiem, taką szczególną bitwą była stoczona przez 7 pułk pod koniec października w Bruśnie Starym. Przemykająca lasami w okolicy Horyńca banda ostrzelała dywizyjny samochód z radiostacją. Stacjonujący w Horyńcu batalion natychmiast  ruszył z odsieczą i dopadł bandziorów w Bruśnie Starym, gdzie ludność została wysiedlona dwa dni wcześniej. Upowcy bronili się w opuszczonych domach zaciekle, rozbić ich pomógł dopiero dywizjon dział samobieżnych z Lubaczowa. Strzelano po kolei w każdy dom, grzebiąc w ich zgliszczach broniących się bandziorów. Próbowali się bronić do nocy, widząc wtedy możliwość ucieczki, nie udało się jednak. Zlikwidowano niemal cała sotnię, zabijając około 100 upowców, przeżyło tylko kilkunastu.

4 grudnia 1945 roku 3 batalion 8 pułku piechoty przechodził z Horyńca do wsi Chmiele pod Brusnem. Wydawało się, że nie było zagrożenia, dlatego dowodzący kapitan Edward Zastocki zwołał oficerów, by udać się do wsi, w celu wyznaczenia miejsc do zakwaterowania poszczególnych kompanii. Gdy grupa oderwała się od kolumny niespodziewanie posypały się strzały z wąwozu. Padł od śmiertelnego postrzału kapitan Zastocki i porucznik Feliks Straszewski, chorąży Franciszek Mateja oraz podporucznik Stanisław Kuźma. Szybko otworzono ogień i dzięki wsparciu działek 45mm przepędzono bandziorów, którzy uciekli wąwozami.

relacja Jan Pokrzywa „Wiele przeszliśmy rzek”

Bandy UPA na ziemi horynieckiej 15 – Schwytanie Cyganów

Pod koniec września 1947 roku do sztabu WP doniesiono, że został postrzelony wartownik, który w Werchracie pilnował przeszukiwanego odcinka lasu. Szybko zarządzono poszukiwania w okolicy. Po dwóch dniach natrafiono na zamaskowany otwór w ziemi. Zebrano żołnierzy i otoczono miejsce, jak zwykle wydano polecenie, by ukrywający się poddali inaczej zostaną wysadzeni. Od razu dobiegł z głębi głos, że zastanowią się. Po pół godziny postanowiono ponaglić ukrywających się, dano im 5 minut na wyjście. Po chwili wyszedł mężczyzna w sutannie z rękoma w górze. Okazało się, że w środku są jeszcze trzy osoby, ale chcą popełnić samobójstwo. Przeprowadzono rewizję księdza, miał przy sobie tylko portfel i notes. Nakazano mu wtedy by przekonał pozostałych do wyjścia. Ksiądz po krótkiej rozmowie przekonał banderowców i wyszli. Okazało się potem, że byli to członkowie Służy Bezpieczeństwa i nazywano ich kryptonimem „Cyganie”. Należeli do ochrony „Stiaha”. Szybko też przeszukano bunkier, znaleziono tam broń, amunicję i dokumenty. Po wszystkim zawieziono banderowców do PUBP w Lubaczowie na przesłuchanie. Potem przy następnych akcjach okazało się, że zastrzelony na warcie żołnierz był ofiarą jednego z „Cyganów”, który wtedy zbiegł i schował się w bunkrze w Lubyczy Kniazie. Niestety popełnił samobójstwo i nie można było go osądzić, można się domyślać, że miał wiele na sumieniu i czekała go kara śmierci, stąd postanowił się sam zabić.
Sytuacja w powiecie lubaczowskim uspokoiła się dopiero w 1948 roku, kiedy to wojsko wypłoszyło większość upowców z bunkrów, reszta uciekła poza granice Polski. Tak skończył się terror na ziemi lubaczowskiej. Dopiero po trzech latach po zakończeniu wojny zaczęli się pojawiać nowi osadnicy na ziemi lubaczowskiej. Relacje z akcji poszukiwawczych bunkrów UPA pochodzą głównie ze wspomnień Alfonsa Filara.

Bandy UPA na ziemi horynieckiej 14 – op. Bunkier Stiaha

We wrześniu 1947 roku żołnierze KBW cały czas pilnowali lasu monastyrskiego, wokół niego często były na stałe zainstalowane gniazda ciężkich karabinów maszynowych. Dzięki informacjom od pojmanych upowców dowiedziano się, że właśnie tam w swoim bunkrze dowódczym „Belweder” rezydował Stiah – czyli Jarosław Staruch, dowódca OUN na „Zakierzonie”. Miał być dobrze chroniony przez Ukraińską Służbę Bezpieczeństwa, w kwaterze dobrze zamaskowanej, w specjalnie uzgadnianych miejscach spotykał się on z łącznikami, którzy roznosili meldunki do podległych mu oddziałów. Meldunki szły też na teren ZSRR, do centrali, które przenosili przez granicę łącznicy. Łącznik, żeby być niezauważony, przechodził przez granicę w specjalnych miejscach. By nie zostawić po sobie śladów, przymocowywał do butów i do rąk odpowiednio zmontowane kopyta dzika,  i tak na czworakach przechodził granicę. Centrala UPA była we Lwowie, łącznik posługiwał się podrobionymi dokumentami, które otrzymywał nieopodal granicy od współpracujących upowców. Takich kurierów Stiah miał czterech, dwóch z nich zginęło jesienią 1946 roku i potem dwóch KBW ujęło w Bruśnie Starym, to dzięki nim teraz trafiono na ślad głównego dowódcy nacjonalistów ukraińskich w Polsce.  Na podstawie zeznań jednego z łączników sporządzono plany operacyjne w lasach monastyrskich. Przeszukiwano metr po metrze każdy kawałek lasu, ale długo na nic nie trafiono.

16 września 1947 roku rozpoczęto kolejny dzień poszukiwań. Utworzono długą na 500 metrów tyralierę i przeszukiwano las. Po jakimś czasie współpracujący z KBW łącznik, będący na miejscu dostrzegł wąski pasek nieświeżej trawy. Zaczął ją podnosić i okazało się, że zakrywa ona ścieżkę. Szybko obstawiono wokół to miejsce i zaczęto odrzucać trawę ukrywającą dróżkę. Po 30 metrach trafiono na jałowiec, wyrwano go bez problemów i pokazała się drewniana pokrywa. Po jej odsłonięciu ukazał się otwór w ziemi. Postawiono nad nim żołnierza z automatem i zaczęto odrywać inne krzewy w okolicy, udało się w ten sposób natrafić na dwa kolejne wejścia. Całą okolicę obstawiono wojskiem, 80 żołnierzy z bronią maszynową zajęło stanowiska, będąc gotowymi do strzału. Według łącznika, jeżeli to kwatera Stiaha, to nie było tam więcej niż 10 partyzantów do ochrony, ale na pewno okolica była

Staruch_Jaroslaw

„Stiah”

zaminowana. Postanowiono wykorzystać łącznika i spróbować namówić będących w bunkrze do wyjścia, chciano ująć ich żywcem. Łącznik podszedł do bunkra i powiedział, że ucieka przed wojskiem, które otoczyło okolicę i żeby uciec, muszą teraz wyjść. Niestety w odpowiedzi usłyszał, że już wiedzą, że ich zdradził i nie dadzą się żywcem ująć. To potwierdziło, że mają do czynienia z bunkrem „krajowego prowidnyka”. Natychmiast sporządzono meldunek i polecono wysłać go za pośrednictwem Rzeszowa do Warszawy, że wykryto bunkier „Stiaha” – krajowego prowidnyka OUN.

Postanowiono pertraktować z załogą Stiaha, wysłano do bunkra znów łącznika, ale gdy się do niego zbliżył, jeden z upowców wystawił lufę karabinu z otworu i zaczął strzelać na oślep. Po chwili strzały ustały. Wysłano wtedy trzech żołnierzy, by przeczołgali się do otworu i rzucili kilka rakiet dymnych, po czym mieli zakryć pokrywę. Jeden z żołnierzy zaczął strzelać w kierunku otworu dla osłony i po chwili drugi podczołgał się szybko strzelając rakietami do środka, po czym zaciągnięto pokrywę. Potem żołnierze podczołgali się do dwóch kolejnych otworów i tam też strzelono rakietami dymnymi, zasłaniając pokrywy. Następnie szybko wycofali się za pagórek, gdzie przebywał major Puteczny. Ponieważ spodziewano się min, posłano po saperów. W międzyczasie w okolicy nastąpiła potężna detonacja, tak duża, że wyrzuciła w powietrze duże drzewo, które spadło z hukiem na ziemię. Wycofano się dalej i czekano na rozwój sytuacji. Po godzinie przybyli saperzy z wykrywaczami. Przeszukali teren i znaleźli w okolicy bunkra trzy pociski artyleryjskie płytko pod ziemią, połączone przewodami. Obcęgami przecięli je. Po chwili spod ziemi dało się usłyszeć pojedyncze strzały, to banderowcy kończyli ze sobą. Przeczekano około pół godziny, zaczęło się ściemniać, po czym znów do każdego otworu strzelono rakietę dymną. Nadal było cicho. Zapadł już zmierzch. Postanowiono obstawić teren, tymczasem dowódcy pojechali do sztabu w Werchracie. Tam sporządzono meldunki i przesłano do władz centralnych.

stiah

Tak współcześnie wygląda otwór do bunkra Stiaha

Koło szóstej rano dowódca wrócił na miejsce i zameldowano mu, że całą noc było cicho. Gdy odsłonięto pokrywy, z otworów zaczęły wydobywać się płomienie. Banderowcy oblali bunkier materiałem łatwopalnym i podpalili. Polecono wrzucić ładunki wybuchowe saperom, w celu zagłuszenia ognia, niestety nie udało się, ziemia wyleciała w powietrze odsłaniając kolejne dziury, z których wydobywał się ogień. Szybko zaczęto je zakopywać. Ustalono miejsce, gdzie powinien być bunkier między trzema wejściami i zaczęto tam kopać. W końcu dokopano się do sufitu bunkra, spalone belki zapadły się do środka i buchnął ogień. Przywieziono beczkę z wodą i zagaszono ogień. Była wtedy 11 przed południem. Wtedy też pojawił się jakiś pułkownik z porucznikiem z Warszawy, mając nadzieję, że ujmą żywcem Stiaha.

Po ugaszeniu ognia, gdy dostano się do środka, okazało się, że było w środku tylko trzech banderowców. Dwóch z nich miało postrzały w tył głowy, trzeci z nich, który był rozpoznany jako Stiah, siedział skulony na pryczy w rogu z pistoletem w ręce. Sekcja zwłok pokazała później że się otruł.

Z bunkra udało się wyciągnąć sporo dokumentów, które nie spłonęły, mapy sztabowe, kilkanaście sztuk broni, amunicję, a także dużo waluty: dolary, marki niemieckie, franki, ruble korony czeskie, polskie złote. Były też dwa aparaty fotograficzne, po zinwentaryzowaniu wszystko to zabrano do sztabu.

Tak operację znalezienia Stiaha opisywał Alfons Filar. Wiadomo, że ze względów na realia PRLu nie wszystkie informacje zostały ujawnione. Sam Filar pisze o ujęciu Stiaha: nasza grupa unieszkodliwiła największego watahę, OUN-owca, który niejedną zbrodnię miał na sumieniu.

stiah1

Miejsce gdzie był kiedyś bunkier Stiaha, obecnie stoi tam coś w rodzaju pomnika, tablica na nim została też rozbita.

Z nieoficjalnych źródeł można się dowiedzieć, że bunkier nie był tak ubogo urządzony jak opisywano. Miały tam być w okolicy inne bunkry, będące składem broni i amunicji. Stiah posiadał też duży skarbiec nie tylko z walutą ale i różnorodnymi kosztownościami na przykład w złocie. Żołnierze po wyjściu z bunkra byli bardzo dokładnie przeszukiwani, bo obawiano się, że sobie coś wezmą. Funkcjonuje też podanie, że Stiah zdołał w nocy uciec innym zapasowym wyjściem. Ciekawe są też opowieści, że w bunkrze jeden z upowców przeżył i został zabrany, nie wiemy co zdążył powiedzieć, bo miał umrzeć po kilku godzinach. Na pewno bardzo dokładne informacje na temat operacji związanej z bunkrem Stiaha były przechowywane w archiwach wojskowych i milicyjnych. Zapewne są gdzieś dostępne. Czekamy na opracowanie tematu przez historyków!

stiah8

Bandy UPA na ziemi horynieckiej 13 – Bunkier na Monastyrze

Na początku września 1947 roku grupa 30 żołnierzy z oficerami udała się do wsi Monastyr pod Werchratą. Było tam 10 pustych gospodarstw po wysiedleniu Ukraińców. Oddział podzielono na grupy i przeszukiwano dom po domu. Z grupą współpracował jeden z byłych upowców, dzięki któremu znaleziono między innymi „Szuma”. Podczas przeszukiwania jednego z gospodarstw jeden z żołnierzy poszedł skorzystać z wygódki, niestety sedes był zapchany słomą, co wzbudziło jego podejrzenie, powoli wyciągnął ją i zobaczył głęboką na półtora metra dziurę i widać było też wychodzący w bok tunel. Zaalarmował resztę żołnierzy, oceniono wtedy, że może to być zapasowe wyjście z bunkra, który powinien być w okolicy. Po przeszukaniu domu znaleziono w sieni drewniane drzwi w podłodze. Po otwarciu drzwi oznajmiono, że jeżeli ktoś tam jest i nie wyjdzie, to zaczną strzelać, odczekano chwilę, niestety nikt się nie odezwał. Postanowiono puścić kilka serii z pepeszy, nadal cisza. Wtedy weszło do środka kilku żołnierzy. Była to kamienna piwnica, ale nic tam nie było. Postanowiono dobrze zbadać ściany, bowiem często wejścia do innych pomieszczeń były zamaskowane. Po chwili trafiono na luźny kamień, ukazał się tunel, który po kilku metrach załamywał się. Znów zawołano, jeżeli ktokolwiek tam jest, niech się podda i wyjdzie. Niestety znów cisza. Postanowiono wyjść na powierzchnię. Wezwano majora Putecznego ze sztabu i przeszukiwano dalej okolicę, szukając innych wejść do bunkra.

Około 50 metrów od domu była suszarnia, gdzie między innymi suszono na zimę jabłka, gruszki i śliwki. Gdy ją przeszukiwano, zobaczono bardzo głębokie palenisko, zdjęto ramę na susz i ukazał się głęboki otwór z bocznym tunelem w stronę budynku. Znów zawołano, by banderowcy wyszli, ale nadal nic. Postanowiono strzelić rakietnicą, po chwili ciszy dało się usłyszeć kilka strzałów pod ziemią. Za chwilę następne strzały i tak przez kilka minut. Postanowiono szybko znaleźć ten bunkier, by ująć kogoś żywcem. Wzięto łopaty. kilofy i zaczęto kopać w okolicy gdzie szedł tunel, dziesięć kroków za suszarnią, spodziewając się tam bunkra. Kopano bez przerwy, bowiem liczyła się każda minuta, spodziewając się chociaż rannych banderowców. Po pół godziny kopania jeden z żołnierzy zapadł się i wpadł w dół, okazało się, że był to korytarz nie bunkier. Szybko puszczono do środka rakietę dymną, ale nikt nie wychodził. Po chwili podjęto decyzję, by wejść do środka. Korytarz ciągnął się jeszcze dwa metry, leżał w nim nieżyjący już banderowiec, w samym bunkrze było siedmiu zabitych. Wyciągnięto ich na powierzchnię, współpracujący z wojskiem Ukrainiec rozpoznał tylko dwóch łączników z sotni „Kalynowicza”. W bunkrze znaleziono dużą ilość skóry zrabowanej z tomaszowskiego PZGSu i trochę żywności. Materiały zabrano to sztabu a banderowców pogrzebano w pobliskim lesie.

Bandy UPA na ziemi horynieckiej 12 – UB, KBW i LWP

Po 45 roku, gdy nastąpiło tak zwane „wyzwolenie”, zaczęła się kształtować nowa władza pod dyktando sowieckie. Dla nowej władzy reakcjonistami, jak i wrogami ludu byli partyzanci, którzy mimo oficjalnego końca wojny nadal próbowali osiągnąć swoje cele. W całym kraju takie jednostki jak Urząd Bezpieczeństwa (UB) i Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego (KBW) mają dziś złą sławę, bowiem rozpracowywali Polskie Siły Podziemne, ale też Niemiecką Partyzantkę Werwolf oraz Ukraińską UPA. Ponieważ UPA dała się mocno we znaki ludności w powiecie lubaczowskim i jego okolicy, funkcjonariusze UB, żołnierze KBW i LWP byli postrzegani pozytywnie, bowiem walczyli ze zdziczałymi upowcami. Oczywiście było rozpracowywane wtedy też Polskie Podziemie, ale ze względu na stan wojenny jaki mieliśmy między innymi na ziemi lubaczowskiej, wielu zakonspirowanych akowców weszło w szeregi milicji, by móc legalnie bronić polskiej ludności.

Mimo iż zlikwidowano ogromną ilość upowskich bunkrów, schwytano wielu ukraińskich partyzantów, wielu z nich podczas walk zginęło, to nadal stanowili siłę, która robiła akcje dywersyjne. Wojska KBW i miejscowi funkcjonariusze musieli się uciekać do różnorodnych sztuczek, by wyłapywać partyzantów. Żołnierze, którzy znali język ukraiński często przebierali się za upowców i udawali uciekinierów z terenu ZSRR. Dzięki złapanym upowcom dysponowano znakami rozpoznawczymi i hasłami, które uwiarygadniały „agentów”. KBW jednocześnie przeczesywała lasy, otaczano je i metr po metrze sondowano stalowymi prętami w poszukiwaniu włazów do bunkrów. Odnajdywano dużą ilość podziemnych schronów, sporo z nich pełniło funkcję magazynów żywności wypełnionych sucharami, kaszą, mąką, zasolonym mięsem w beczkach, był nawet miód w beczkach. Schrony takie można było znaleźć niemal wszędzie, zarówno w wioskach pod chatami, jak i w środku lasu na odludziu. Upowcy wykazywali się bardzo dużą pomysłowością w tworzeniu kryjówek.

Bandy UPA na ziemi horynieckiej 11 – Rozbicie sotni „Szuma”

Po zdobyciu informacji na temat okolicy, gdzie miał przebywać „Szum”, od razu wyruszono do wyznaczonego miejsca i rozpoczęto poszukiwania. Ponieważ nie znano dokładnej lokalizacji bunkra, żołnierze musieli ręcznie przeszukać każdy metr lasu. Używano do tego celu tzw. sond, czyli metalowych prętów i bagnetów na karabinach. Żołnierze szli tyralierą i nakłuwali każdy kawałek ziemi. Poszukiwania trwały półtorej godziny, aż w końcu jeden z żołnierzy trafił na właz z desek. Jak poprzednio dziura miała 50×50 cm i była głęboka na ok. półtora metra i potem skręcała w bok. Od bunkra biła głucha cisza. Jak zwykle walnięto do środka rakietę dymną, która miała za zadanie wykurzyć tam przebywających. Zamknięto od razu pokrywę i czekano kilkanaście minut. Nie było żadnego odzewu. Wtedy na ochotnika jeden z żołnierzy wskoczył do bunkra (pochodził ze Śląska, nazywano go Handzlik, zgłaszając się zawołał: Pieruna! Obywatelu majorze, jo wliza!) wchodząc wystrzelił serię z pepeszki, ale i to nic nie dało. Okazało się że w środku był tylko stary kożuch. Gdy następnie inni zaczęli wchodzić do środka, okazało się że był pusty i było tam też trochę słomy na leże, stare garnki, koce i szmaty. Niezadowolony z braku efektów akcji dowódca postanowił zorganizować zasadzkę w tym miejscu, domyślając się, że istnieje możliwość, że upowcy wrócą do tego bunkra. Kilkunastu żołnierzy okopało się w okolicy bunkra i czekali, dowódca oddziału z obstawą pojechał do Werchraty, do starej cerkwi, gdzie był sztab, tam była radiostacja. Na miejscu sporządzono meldunki i przesłano je do Rzeszowa do sztabu brygady KBW. Postawiono warty, dowódca położył się na leżu do snu a telegrafista nadawał, wołając co chwila: Wisła! Wisła! Tu San! Tu San zgłoś się, Ja słyszę! Czy słyszysz mnie?

Śpiących nagle obudziły strzały, niebo rozjaśniało od wystrzelonej rakiety, wartownicy wznieśli alarm. Okazało się, że z lasu wystrzelono trzy rakiety świetlne i było słychać serie strzałów. Szybko zebrano żołnierzy z zapasem amunicji, bronią i ruszono do lasu. Okazało się, że o 1:30 grupa upowców postanowiła przedrzeć się przez pierścień okrążenia w miejscu, gdzie operowała inna grupa. Żołnierze oświetlali teren rakietami i prowadzili wymianę ognia z upowcami przez pół godziny, kilku zabito, ale nie wiedziano do końca ilu ich tam było. Przybyłe posiłki wojskowe dokładniej obstawiły teren i czekano aż do świtu. Okazało się, że w na otoczonym terenie ktoś się schował i na siłę postanowili się wyrwać.

Tymczasem do dowódcy doszła wiadomość, że coś się dzieje przy otoczonym bunkrze. Szybko udał się tam oddział, by podjąć akcję. W nocy gdy jeden z żołnierzy postanowił wejść do bunkra i zapalić papierosa, usłyszał nagle kaszlanie i podejrzane rzężenie, potem strzały z pistoletu. Szybko wyskoczył z bunkra i zaalarmował kolegów. Siedziano cicho i czekano na rozwój sytuacji. Następnie rozległy się strzały z oddali, okazało się że z innego bunkra, okrążonego przez inny odział, tam na siłę chcieli się wydostać banderowcy i rozszalała się walka. Rano znaleziono tam 5 zabitych. Potem ujęto jeszcze dwóch żywych, którzy ocaleli ze strzelaniny.

Szybko przy rzekomo pustym bunkrze zebrał się oddział i postanowiono przeszukać bunkier. Był wokół obłożony grubymi drewnianymi belkami. Jedna ze ścian była podejrzana, inaczej wyłożona belkami, poprzecinanymi w poprzek. Gdy pchnięto obluzowane belki, wpadły do środka, ukazał się wtedy tunel i drugi bunkier. Okazało się, że leży tam 5 banderowców i kobieta. Jeden z banderowców dawał oznaki życia, szybko wyciągnięto go na powierzchnię i szybko przetransportowano go do szpitala w Lubaczowie. Okazało się, że kobieta była łączniczką sotni „Szuma”, została uduszona, wśród zabitych był sam „Szum” i jego adiutant, który był zastrzelony. Szum nie miał śladów postrzału, zapewne pozabijał swoich towarzyszy i na końcu sam się otruł.

Ciała zabrano i położono przed sztabem. Gdy okoliczni mieszkańcy się o tym dowiedzieli zaczęli się schodzić, by zobaczyć oprawców. Po kolei mówili: to on powiesił mojego męża, nastoletni chłopiec zawołał, że to on zastrzelił jego ojca, gdy napadł na jego wioskę…

Rannego banderowca odratowano, gdy wyzdrowiał, zeznał że wiedzieli iż są okrążeni przez wojsko i czekali do nocy, bo myśleli że żołnierze odejdą i uda się im uciec. Niestety stwierdzili, że wojsko trwa na swoich pozycjach. „Szum” własnoręcznie udusił łączniczkę gdyż miała co chwilę ataki kaszlu i bał się że ich zdradzi. Gdy w pierwszym bunkrze zobaczyli jakieś światło, „Szum” postanowił zastrzelić swojego adiutanta i potem ocalałego kompana. Dzięki zeznaniom ocalałego banderowca znaleziono inne bunkry sotni „Szuma” i rozbito ją całkowicie. Sekcja zwłok „Szuma wykazała, że otruł się cyjankiem potasu.

Bandy UPA na ziemi horynieckiej 10 – Poszukiwania „Szuma”

Schwytani w Starym Bruśnie upowcy, którzy zgodzili się na współpracę, zeznali, że w lasach werchrackich znajdywał się bunkier z resztkami sotni „Szuma”, gdzie miał też przebywać sam „Szum”. Wczesnym rankiem utworzono kolumnę kilku samochodów wypełnionych żołnierzami i udano się do wskazanego miejsca przez informatora.

Na miejscu otoczono bunkier i wystrzelono na znak rakietę, że akcja rozpoczęła się. Powoli kilkunastu żołnierzy podeszło do zamaskowanego wejścia, nieopodal strumyka. Informator podszedł do drzewa i odsłonił zamaskowane liśćmi wieko. Po otwarciu ukazał się pionowy tunel o wymiarach 50×50 cm prowadzący w głąb i potem skręcający. Wystrzelono do dziury rakietę dymną, ale nie było żadnych odgłosów. Postanowiono wydać polecenie, by ukrywający poddali się i wyszli bez broni, dzięki czemu ocaleją. Po pięciu minutach od postawienia ultimatum nadal była cisza, nic nie dały powtórne próby. W końcu z otworu dobiegły jakieś ciche rozmowy, naradzali się. Było ich tam pięciu, czterech chciało wyjść, jeden nie chciał. Po chwili wyszło czterech. Zaczęto namawiać ostatniego by wyszedł, ale nie dawało to efektu. W końcu postanowiono go wysadzić, przygotowano granaty i dano mu dwie minuty na wyjście. Jednak zdecydował się i wyszedł. Okazało się, że jednak „Szuma” tam nie było, ujęci banderowcy w przybliżeniu określili prawdopodobne miejsce bunkra, gdzie „Szum” miał być. Następnie przewieziono ich do PUBP w Lubaczowie na dokładne przesłuchanie.

Bandy UPA na ziemi horynieckiej 9 – Łącznicy Stiaha

W lecie 1947 roku w ramach Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego utworzono grupy operacyjne, które miały za zadanie przeczesywanie lasów i wyszukiwanie resztek oddziałów UPA. Podczas akcji otwierano szyk tyralierą i metr po metrze przeszukiwano lasy w poszukiwaniu podziemnych schronów. Co jakiś czas natrafiono na pojedyncze grupy upowców, czasem wywiązywała się walka, a czasem bandziory poddawali się. Podczas tych walk ginęli zarówno upowcy jak i żołnierze KBW.

Pod koniec lipca 1947 roku o poranku, jedna z takich operacyjnych grup dotarła do Brusna Starego. Na skraju wsi były opuszczone zabudowania, po wysiedlonych Ukraińcach. 70 osobowa grupa żołnierzy rozlokowała się po zabudowaniach i stąd przez kilka dni robiono wypady do lasów przeczesując okoliczne miejscowości. W czwartym dniu w południe, wartownicy dostrzegli wychodzących dwóch mocno zarośniętych osobników w Polskich mundurach ze stajni. Szybko ich zatrzymano, okazało się, że byli to dwaj upowcy, którzy dobrze ukryci siedzieli w zamaskowanym bunkrze w stajni i w końcu postanowili wyjść, bo nie mieli zapasów żywności. Po rewizji osobistej okazało się, że nic przy sobie nie mają, znaleziono tylko dwa bergmanny w ich kryjówce. Okazało się, że byli to łącznicy krajowego prowidnyka „Stiaha”. Ich zadaniem było przekazywanie informacji od „Stiaha”, dowództwa OUN w Polsce z dowództwem w ZSRR. Postanowiono szybko pod eskortą 30 żołnierzy przetransportować ich do PUBP w Lubaczowie, gdzie dokonano dokładnych przesłuchań. Okazało się, że przenosili oni pocztę z lasów monastyrskich do ZSRR. Zawsze odbierali ją z innego miejsca, dlatego nie znali głównej siedziby „Stiaha”, wiedzieli tylko w której okolicy mogą być dwa główne bunkry: „Buk” i „Belweder”. Obaj zgodzili się współpracować i pomóc w odnalezieniu bunkra „Stiaha”.