• Kolej

    Horyniecka stacja i dworzec kolejowy przed wojną

    Wygląd horynieckiej stacji i dworca kolejowego sprzed wojny do tej pory był jedną z białych plam historycznych, teraz do publicznej wiadomości dostaje się ciekawe opracowanie, dzięki któremu poznamy sporo ciekawostek kolejowych związanych z Horyńcem.

    W dokumencie koncesyjnym z 22 listopada 1881 roku możemy przeczytać, że Franciszek Józef I nadaje prawo wybudowania kolei żelaznej parowej ze stacji Jarosław do stacji Sokal. Koncesję dostali: książę Adam Sapieha, hrabia Włodzimierz Dzieduszycki, hrabia Adam Gołuchowski i pan Stanisław Polanowski. W następnym roku Zarząd Kolei Karola Ludwika odkupił koncesję i rozpoczęła się budowa linii, która przebiegała między innymi przez Horyniec. Do kierowania budową przydzielono na kluczowych stacjach inżynierów, w Horyńcu był to Jan Kwiatkowski a w Werchracie Adolf Goldfrejów. Prace skończono po dwóch latach a otwarcie ruchu nastąpiło 6 lipca 1884 roku. Z biegiem czasu powstawała infrastruktura kolejowa, w tym dworce kolejowe. Poniżej mamy fotografię horynieckiej stacji kolejowej sprzed I wojny.

    stacja kolejowa w horyńcu (1)
    fot. ze zbiorów rodziny Rogów

    Dworzec jest niemal identyczny architektonicznie jak ten w Muninie, gdzie wystarczy obciąć piętro, kawałek parteru i zostanie budynek taki jak w Horyńcu przed I wojną. Ze zdjęcia wyczytać możemy, że obowiązywało wtedy podwójne nazewnictwo stacji, w języku Polskim i Ukraińskim. Przed budynkiem stała zapewne lampa naftowa. Podczas I wojny światowej infrastruktura kolejowa była niszczona przez wycofujące się wojska a stacje niszczone. Zniszczona została wtedy też horyniecka. Po wojnie odbudowano budynki kolejowe. Dzięki fotografii z albumu 19 Pułku Piechoty Odsieczy Lwowa (fotografia zrobiona podczas manewrów wojskowych w Horyńcu) możemy zobaczyć jak wyglądała stacja z dworcem w 1927 roku. Na zdjęciu uwiecznieni zostali pracownicy kolei i pasażerowie oczekujący na pociąg.

    Dzięki nadesłanej fotografii ze zbioru rodziny Leszczyńskich, możemy zobaczyć budynek kolejowy od bocznej strony. Trudno określić rok wykonania zdjęcia. Nie miej jednak fotografia uzbrojonego kolejarza nakazuje przypuszczać, że była to okolica wojny.

    stacja kolejowa w horyńcu
    fot. ze zbiorów rodziny Leszczyńskich

    Dzięki pocztówce, która przedstawia Pensjonat Kalikstówka, który był usytuowany naprzeciw stacji kolejowej, możemy zobaczyć przedwojenny widok na Horyniec ze stacji i tablicę informacyjną, która oznajmiała przyjezdnym gdzie są (teraz ten widok zasłania rampa kolejowa i zakrzaczenie). Warto przypomnieć, że jeszcze niedawno w internecie ta pocztówka krążyła jako budynek Stacji Kolejowej w Horyńcu, bowiem ktoś z „zewnątrz”, nieznający lokalnej historii, na podstawie tabliczki uznał, że Kalikstówka jest budynkiem stacji.

    W Horyńcu oczywiście była przed wojną wieża ciśnień. Stała nieopodal torów kolejowych w okolicy obecnego tunelu pod torami. Na fotografii poniżej mamy widok z „zakładowego parku”, skąd widać Jak wyglądała na górnej kondygnacji. Miała drewniane wykończenie okalające zbiornik na wodę, gdzie była pompowana woda ze studni w okolicy stacji, która teraz znajduje się obok starej brzozy przy drodze.

    wieża ciśnieśń

    Więcej na temat historii linii kolejowej Jarosław – Sokal w jubileuszowym opracowaniu Gminy Lubaczów: „130 lat linii kolejowej Jarosław – Sokal”

    artykuł z roku

  • Miejscówki

    Łysa Góra „na blokach” w Horyńcu

    Każdy w dzieciństwie miał jakieś miejsca, które można określić jako kultowe… Dla dzieci zabawa to rodzaj kultu. Oddajemy się różnym uciechom i zapominamy o wszystkim; znajdujemy się w stanie ogólnej szczęśliwości. Dla dzieci z osiedla na ulicy Sobieskiego, potocznie nazywanym „blokami” lub PGRem, „Łysa Góra” miała szczególną wartość, bowiem dawała możliwość uprawiania różnorodnych sportów, zabaw i wybryków. Teraz jest już dość mocno zarośnięta, a „dorosłym dzieciom” wydaje się mniej stroma niż w dzieciństwie, cóż, teoretycznie wszystko w dzieciństwie było większe, smaczniejsze, radośniejsze i bardziej beztroskie.

    Stroma górka jest bezcennym miejscem do wielogodzinnych zabaw w zimie. Wtedy można robić cuda w takim miejscu! Zjazdy na sankach, nartach, workach, na byle czym, a nawet na niczym – na tyłku. Każde dziecko na pewno pamięta jak godzinami zjeżdżało z górki. Tam i z powrotem! Następnie, kiedy śnieg się lepił, to konstruowało się często jakieś skocznie. Gdy nie było już śniegu, takie górki były idealnymi miejscami do tego, by robić zjazdy na rowerach czy wózkach. W okolicy można było się huśtać na gałęziach czy linach, a kiedy jakaś pękła to się lądowało z impetem na ziemi. Oczywiście, jak były drzewa, to można było się na nie wspinać, często bardzo wysoko. Takie miejsca były idealne do wielu różnych zabaw: chowanego, łapanego, podchody albo by toczyć prawdziwe wojny – obrzucać się owocami, błotem a nawet patykami i kamieniami. Z takiej góry można było puszczać opony albo inne rzeczy, które się toczyły. Na „Łysej Górze” można było wszystko: można było się wypłakać, gdy człowiek dostał w skórę od rodzica, można było utopić smutek albo „zrobić klimacik”.

    „Łysa Góra” musi na dzieciach robić wrażenie, mimo iż jest to tylko coś w rodzaju stromej skarpy. Jednakże, patrząc od dołu, poprzez swój kształt robi wrażenie góry. Nieopodal rosną stare drzewa, jest też sporo ciekawych zarośli. Między nimi dorośli i dzieci porobili różnorodne ścieżki, co sprawia, że dla „nowych” miejsce robi wrażenie labiryntu. „Łysa Góra” jest bardzo ciekawie usytuowana: z jednej strony graniczy z blokami, a z drugiej z doliną Radrużki.

    Jak widać, jest to miejsce niezwykłe. Jeżeli ktoś by przyszedł tam pierwszy raz, to na pewno wyczułby, że coś w tym miejscu jest. I nie chodzi o siarkę, którą czuć bardzo intensywnie w okolicy. Tutaj jest specyficzny układ, duch miejsca, jaki wytworzył się przez lata. W dawnych czasach „Łyse Góry” były głównie kojarzone z sabatami czarownic. Tutaj, szczególnie ze względu na smród siarki w okolicy, ta nazwa nabiera specyficznego znaczenia. „Łysa Góra” nad Radrużką jest trochę jak mini Lisia Góra w Rzeszowie – starożytny słowiański „Święty Gaj” nad Wisłokiem. Są tam niezwykłe okazy wielkich dębów.

    Rejon Radrużki jeszcze w latach 80-tych był porośnięty potężnymi dębami… niestety wycięto je. Pilarze niemal ze łzami w oczach ścinali te kilkusetletnie dęby, które zapewne poszły sobie za granicę… być może do Szwecji, do Ikei. Dziś, jakiś Szwed, zapewne nieświadomy pochodzenia drewna, patrzy na szafę dębową i nie wie, że rósł on przy Radrużce, tworząc horyniecki Gaj. Na starych mapach na południe w lesie istniał przysiółek Gaj. Dziś po wsi praktycznie nic nie zostało… może trochę wiekowych drzew i rumowiska.

    Obecnie „Łysa Góra” nie jest już użytkowana jak kiedyś. Nadal jest to miejscówka do zabaw, ale coraz bardziej zarośnięta… Szczególnie oczy i duszę zaboli, gdy widzi się, że z tej okolicy robi się wysypisko… Może nadszedł czas, by uratować to miejsce, oczyścić ze śmieci, bardziej odważnie wyznaczyć wejścia do tego „małpiego gaju”, ale broń Boże plastikowymi tablicami czy strzałkami – wystarczy zwykła deska z wyciętym napisem: ŁYSA GÓRA – horyńczanie będą wiedzieć, o co chodzi, reszta nie musi tam wchodzić. Chodzi o to, by nadać temu miejscu status „kultowy”, jaki oczywiście posiada, ale oficjalnie. Może spowoduje to, że śmieci będą lądować w koszu, który powinien się tam pojawić, a nie w gaju.

    Na koniec magiczny pejzaż z zachodzącym słońcem pod „Łysą Górą”, już w dolinie Radrużki. Tak wygląda krajobraz z mgłami ścielącymi się po dolinie i kolorowym niebem pod wieczór.

  • Ludzie

    Janusz Burek – zasiane w ziemi horynieckiej ziarno wydaje plon

    wystawa „Dziedzictwo utrwalone. Rzecz o Januszu Burku” w Radrużu
    Ziemia Horyniecka ma swojego ducha, genius loci, którego tworzą ludzie, odciskający trwałe piętno swoją działalnością społeczną. Tak! Tylko działanie niezwiązane ze swoimi prywatnymi potrzebami egzystencjalnymi powoduje, że jest się kimś więcej niż większość ludzi, którzy umierając, przestają istnieć. Trochę to smutne, ale chyba jednocześnie nadaje sens naszej egzystencji. Powinniśmy walczyć o to, by coś zmienić w naszej lokalnej rzeczywistości, bo mamy realny na nią wpływ. Jednym z takich niezwykłych ludzi, który trwale wpłynął na  lokalną rzeczywistość, był Janusz Burek (zmarł w 2009 roku). Zapraszam do przeczytania artykułu, który może was zainspiruje do czegoś niezwykłego w swoim życiu.

    wychowanek Janusza Burka, Grzegorz

    fotografia z wyprawy klasowej na Roztocze, tutaj Dahany

    Dla wielu ludzi z Horyńca, Pan Burek był nauczycielem od „plastyki” i „techniki”. Inni kojarzą go, jako wielkiego pasjonata regionu i osobę, która zapisała się w wielu projektach: opisy, malarstwo, szkice, projekty graficzne, fotografia i praca społeczna. Niektórzy uczniowie „trafili” na niego, jako wychowawcę w szkole podstawowej, dzięki czemu uczestniczyli w jego działaniach. Lubił zabierać swoich wychowanków na ciekawe akcje, które miały na celu dbanie o miejsca, które od lat niszczały. Rocznik 1981 pamięta między innymi czyszczenie cmentarza z I Wojny Światowej w Nowinach Horynieckich oraz prace przy Kaplicy w Nowinach. Ich efekty widać do dziś… Ślady Pana Janusza Burka można odnaleźć wszędzie na Ziemi Lubaczowskiej, a szczególnie w części horynieckiej. Każdy kojarzy etykietę wody Hetmańska, której autorem był Pan Burek. Efekty jego prac renowacyjnych do dziś cieszą oko w terenie. Jego fotografie i szkice zdobią wiele książek i artykułów. Za szczęśliwych można uznać tych, co mają w swojej kolekcji namalowane przez niego obrazy, czy szkice. Jeżeli komuś uda się pooglądać dzieła pana Burka, uzna na pewno, że obecni fotografowie nic szczególnego nie odkrywają, kopiujemy naturalne piękno, które inspirowało wielu ludzi przed nami. Takim szczególnym kadrem jest kapliczka ze św. Janem Nepomucenem w Nowinach Horynieckich.

    Obraz z wystawy „Dziedzictwo utrwalone. Rzecz o Januszu Burku” w Radrużu

    Pan Burek, jako wielbiciel regionu, często zbierał grupę uczniów i robił wycieczki na roztoczańską część Ziemi Lubaczowskiej, zaszczepiając w ten sposób elementy regionalizmu u niektórych. Dziś wielu „odkrywców dzikiego Roztocza” musi brać pod uwagę, że chodzi między innymi po śladach Jego i Jego uczniów. Zadziwiające, jak wielu próbuje coś „odkrywać” w regionie, myśląc, że tutaj nikt się niczym nie interesował. Tymczasem już niedługo po wojnie powstawało sporo inicjatyw krajoznawczych, szczególnie na poziomie szkół. Nauczyciele już przed wojną tworzyli drużyny harcerskie i wybierali się na obozy w teren. Na przykład harcerze z Baszni szli w okolice Starego Brusna i dzięki ich wyprawie mamy dziś jedyną archiwalną fotografię Pomnika Wolności w Nowym Bruśnie. Po wojnie harcerze obowiązkowo biwakowali w terenie i słuchali opowieści o okolicy, eksplorując ją. Z czasem harcerstwo słabło, nauczyciele wybierali się często na wycieczki klasowe w najbliższą okolicę. Wycieczki klasowe z Horyńca miały dostęp w ciągu kilku godzin do najatrakcyjniejszych miejsc Roztocza z Werchratą, Dziewięcierzem i Brusnem. Właśnie tak wielu uczniów uczyło się turystyki krajoznawczej, tej lokalnej. Wszystko zależało od nauczyciela, jak wyglądały takie wyprawy czy biwaki. Janusz Burek był storytellerem!

    Jego dość oryginalne podejście do życia, do pracy i sama osobowość, była jednym z tych elementów, które mnie nakierowały na regionalizm. Pan Burek był szczególnym wielbicielem kamieniarki bruśnieńskiej. Zachwycał się kunsztem kamieniarzy z nieistniejącego już Starego Brusna. To on uznawany jest za osobę, która zaczęła propagować unikalność kamieniarstwa bruśnieńskiego. Jego też można uznać, za jeden z czynników, który złożył się na moją pracę z kamiennymi krzyżami.

    Wyobraźcie sobie swoje życie, swoją przeszłość. To kim jesteście teraz, jest zbiorem różnych czynników, które spowodowały podejmowanie różnorodnych decyzji. Nauczyciele są jednym z głównych elementów, które powodują, że czymś się interesujemy albo coś zasiewa się w naszych umysłach i czeka na dobry czas, by wyrosnąć. Od zawsze, najważniejsze czego człowiek szukał, to inspiracja. Jesteśmy unikalnymi osobowościami, ale potrzebujemy różnorodnych inspiracji, które dać nam mogą inni ludzie. To z nich budujemy Siebie ? Nasza kreatywność rodzi się z tego, czym się interesowaliśmy. Jeżeli zaczniemy zgłębiać historię, malować, zwiedzać, odkrywać miejsca, to nasze życie tak właśnie będzie wyglądać, będzie odkrywcze, twórcze i kreatywne. Jeżeli będziemy tyko patrzeć w telewizor, wykonywać nielubianą pracę, to tak będzie wyglądać nasze życie.

    Dlatego też jestem świadomy tego, że ludzie, których spotkałem na swojej drodze i chcieli mi coś dać, przekazać mentalne ziarno, są częścią tego, kim jestem. Nie każdy miał możliwość spotykać w swoim życiu fascynujących ludzi, wielu spotkało tych złych. Nie oznacza to jednak, że jesteśmy zepsuci. Cały czas budujemy siebie, możemy nagle, z niczego utworzyć nową, lepszą i bardziej inspirującą osobowość. Wystarczy tylko, że pomyślimy sobie o czymś, co nas szczególnie interesuje, połączymy te rzeczy, jak kropki w rysowance, w drogę, która nagle staje się prosta i jasna.

    Janusz Burek był człowiekiem wielu pasji. Jego działania potrzebują kontynuacji, by móc inspirować kolejnych ludzi. Ja odkrywam ten region od dzieciństwa, a Wy?

    Grzegorz Ciećka

    Pamiętać trzeba Janusza Burka, 
    
    Uczył on piękna swego podwórka. 
    
    Zaszczepiał miłość do małej ojczyzny, 
    
    Wskazywał piękno jej, jak i jej blizny. 
    
    Niejedno młode serce obudził 
    
    Tym, co pokazał i czym się trudził. 
    
    Tak wzrosło nowe pokolenie, 
    
    Co kocha Lubaczowską Ziemię.
    
    PM
  • Bandy UPA

    Mord dokonany przez bandy ukraińskie w Nowinach Horynieckich

    Ponieważ Nowiny Horynieckie były jedną z niewielu w większości Polskich osad w regionie, mieszkańcy odczuwali zagrożenie i opuścili wioskę na wiosnę 1944 roku, udając się do bezpieczniejszych miejsc w okolicę Jarosławia, Leżajska, Łańcuta czy Narola. Wioska była w fatalnym stanie, bowiem została częściowo spalona przez Niemców, jednocześnie opuszczone domostwa były szabrowane przez Ukraińców.

    W sierpniu 1944 roku kilkanaście rodzin postanowiło wrócić do wioski i zebrać trochę zboża na chleb. Głównym powodem ośmielenia się wejścia na teren wsi były wieści z frontu sowiecko-niemieckiego, gdzie sowieci szybko posuwali się na zachód, a UPA starając się nie ściągać na siebie uwagi, przegrupowała się w większych kompleksach leśnych i ukrywała w bunkrach. Jednakże we wsiach ukraińskich nadal było sporo uzbrojonych chłopów, którzy tworzyli bandy wiejskie. Stąd gdy polska partyzantka dowiedziała się o planowanej napaści przez takie bandy na Nowiny, ostrzegła mieszkańców. Ci postanowili udać się do Horyńca i na stacji czekali na pociąg, by wyjechać w bezpieczne miejsce. Na stację przychodzili Ukraińcy i przekonywali Polaków, że nic im nie grozi, że tutaj UPA nie ma i już nikt nie wojuje, przekonując kilka rodzin, które wróciły do wioski.

    19 sierpnia o świcie uzbrojeni Ukraińcy z okolicznych wsi napadli na Nowiny, wyszli z lasu od strony Świdnicy i podpalili wioskę. Zaskoczeni ludzie uciekali wyrwani ze snu w koszulach nocnych, tym co nie udało się ukryć zostali na miejscu zamordowani.

    O świcie część Ukraińców uzbrojonych w karabiny i reszta w narzędzia takie jak siekiery czy widły, otoczyła wieś i zaczęto ją palić oraz mordować Polaków. 10 letnia Ewa Orłowska spłoszona uciekała pośród płonących zabudowań, w oddali zobaczyła wołającego ją polskiego partyzanta Józefa Kazika, który się wcześniej ukrywał w Nowinach. Chciał on zabrać ze sobą dziewczynkę, ale nie zdążyła do niego dobiegnąć, została trafiona kulą, Ukrainiec jeszcze podbiegł do niej i kilkoma strzałami ją dobił.

    W domu zaskoczona została rodzina Krzychów. Zostali rozstrzelani na miejscu. W stodole spało rodzeństwo Bernard i Helenka Krzych, którzy przyjechali do rodziny z Francji na wakacje, ale wybuchła wojna i nie mogli wrócić do domu. Dlatego zostali w Nowinach. Nad ranem obudziły ich strzały, postanowili uciekać. Znaleziono ich potem oboje martwych na drodze, trzymających się za ręce…

    Przy płonącej stodole Ukraińcy nie zdążyli zabić osiemnastoletniej Marysi Orłowskiej. Uderzyli ją kolbą w głowę rozbijając ją. Ciężko ranna próbowała się odsunąć od ognia, ale nie udało się jej, spaliły się jej nogi do kolan, z bólu wykopała w ziemi dziury rękami. Zamordowany został wtedy też Ukrainiec z rodziną, za to że miał żonę Polkę.

    spalone nowiny
    Spalona Wioska

    W ten feralny poranek zginęło 11 mieszkańców Nowin. Niestety potem ginęli następni. W kwietniu 1945 roku na Zagórze koło Starego Brusna zginął Antoni Haliniak, który osierocił ośmioro dzieci i żonę w ciąży. Miejsce jego pochówku do dziś jest nieznane. Michał Bąk zamordowany został w okrutny sposób w lesie bruśnieńskim, uprowadzony z pola, gdzie chciał zebrać trochę zboża. Przed śmiercią był torturowany, wyrwano mu język, wydłubano oczy, pokłuto całe ciało. Ręce miał związane drutem kolczastym. Osiemnastoletni Marian Nepelski zaginał bez śladu idąc do Narola. Po latach okazało się, że został zamordowany w okolicy Gorajca. Zamęczono na śmierć używając bestialskich tortur 23 letniego Michała Krzycha, natomiast Andrzej Mazurkiewicz został rozstrzelany.

    Nowiny niemal całkowicie zostały spalone i rozszabrowane przez Ukraińców. Poniżej lista 17 zamordowanych przez nacjonalistów i bandziorów Ukraińskich – mieszkańców Nowin (w tym nazwiska pogrubione, to ofiary z 19 sierpnia):

    1. Gudz Szymon (75 lat),
    2. Kazik Anna (36 lat),
    3. Kazik Anna (38 lat),
    4. Kazik Katarzyna (38 lat),
    5. Kazik Jan (91 lat),
    6. Krzych Barbara (57 lat),
    7. Krzych Michał (22 lat),
    8. Krzych Bernard (7 lat),
    9. Krzych Michał (36 lat),
    10. Krzych Helena (13 lat),
    11. Krzych Agnieszka (70 lat),
    12. Orłowska Ewa (10 lat),
    13. Orłowska Maria (20 lat),
    14. Bąk Michał (41 lat),
    15. Haliniak Kazimierz (45 lat),
    16. Haliniak Marian (18 lat),
    17. Mazurkiewicz Andrzej (45 lat),

    Do końca nie jest znana liczba zamordowanych mieszkańców Nowin. Ludzie ginęli w niewyjaśnionych okolicznościach i do dziś nie wiadomo gdzie zostali pochowani. Milicjantami z Nowin Horynieckich, którzy zginęli byli też, Władysław Juzwa i Władysław Hałucha.

    Po wojnie, gdy sytuacja uspokoiła się po Akcji Wisła, kiedy to wywieziono Ukraińców na ziemie odzyskane, niektórzy mieszkańcy Nowin wrócili na swoje gospodarstwa. Wystawiono wtedy też krzyż-pomnik na mogile pomordowanych 19 sierpnia. Odbyła się wtedy uroczystość upamiętniająca owe wydarzenie.

    uroczystosc

    W 2006 roku powstała idea, by postawić pomnik 17 pomordowanym przez bandy mieszkańcom Nowin, tuż obok mogiły, gdzie pochowano 11 mieszkańców Nowin, zamordowanych 19 sierpnia. Inicjatorami wydarzenia były dwa stowarzyszenia: Stowarzyszenie Rozwoju Nowin Horynieckich i Stowarzyszenie Spadkobierców Polskich Kombatantów. 20 sierpnia 2006 roku pomnik został odsłonięty i stał się powodem, dzięki któremu organizowane są uroczystości patriotyczne w tym miejscu.

    fot. z książki „Piastowo”, historia zaczerpnięta z książki „Tam był nasz dom”

  • Wczoraj i dziś

    Pomnik Wolności w 1928 roku podczas odsłonięcia i poświęcenia i to samo wydarzenie w 2017 roku!

    W maju mieliśmy uroczyste odsłonięcie i poświęcenie Pomnika Wolności w Horyńcu, po jego odnowieniu. Alicja Mróz zrobiła niezwykle ciekawą fotografię, którą potem połączyła z archiwalnym zdjęciem, gdzie uwieczniony był ten sam moment, gdy został odsłonięty i poświęcony pomnik po jego postawieniu w 1928 roku.

    foto archiwalne ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego

  • Ciekawostki

    Kiedy w Horyńcu powstała poczta?

    Wydawałoby się, że znalezienie informacji na temat daty powstania poczty w Horyńcu jest praktycznie niemożliwe. Jednakże w przedwojennych gazetach tego typu wydarzenia odnotowywano i w Gazecie Lwowskiej z 4 marca 1872 roku znajdziemy taką oto informację:

    Dnia 1 marca 1872 wejdzie w Horyńcu c.k. urząd pocztowy w życie i otrzyma połączenie za pomocą codziennych poczt posłanniczych pieszych do Cieszanowa i napowrót w następującym porządku kursowym: z Horyńca o 7 godz. rano, w Cieszanowie o 11 godz. rano. Z Cieszanowa o 3 godz. 10 m. po poł., w Horyńcu o 7 godz. 10 m. wieczór. Do okręgu doręczenia urzędu pocztowego w Horyńcu należy: Horyniec Wulka horyniecka, Krzywe, Podemszczyzna, Nowiny, Brusno stare, Radruż. Odległość z Horyńca do Cieszanowa wynosi 26/8 mili.

    z c.k. galic. dyrekcyi poczt. Lwów, dnia 12 lutego 1872

    W tym roku mamy 145 rocznicę istnienia poczty w Horyńcu, warto ten fakt nagłośnić, co właśnie się dzieje 😉 Zapewne pierwszym poczmistrzem (kierownik urzędu pocztowego) w Horyńcu, lub jednym z pierwszych, był Leopold Scheybal, który zmarł w 1873 roku 14 marca i sąd powiatowy w Cieszanowie rozpoczął proces spadkowy. Oto wycinek z Gazety Lwowskiej, dzięki któremu poznajemy nazwisko poczmistrza:

  • Uzdrowisko

    Historia horynieckiego Zdroju – 7

    W przedwojennych gazetach można znaleźć ciekawe artykuły, które są bardzo cennymi materiałami źródłowymi. Wielu historyków nie zwraca uwagi na ogłoszenia w tych gazetach, tymczasem są one czasem brakującymi ogniwami w historii. Takim ogłoszeniem jest znalezione w lwowskiej Gazecie Narodowej z 31 maja 1888 roku. Znajdziemy w nim informację, że z dniem 1 czerwca 1888 roku otwarte będą w Horyńcu kąpiele siarczane. Z pozoru błaha informacja, jest de facto na obecną chwilę jedyną, którą znamy i oficjalnie mówiącą wprost na temat otwarcia horynieckiego Zdroju. W 2018 roku będzie to już 130 lat oficjalnych tradycji istnienia wodolecznictwa w Horyńcu. Źródło siarczane było znane już wcześniej, ale nie było wykorzystywane szerzej komercyjnie. Wiadomo że używali źródła do kąpieli szczególnie lokalni Żydzi. W 1888 roku Zarząd dóbr w Horyńcu, będących w posiadaniu księcia Ponińskiego, rozpoczyna proces mający na celu zrobienie z Horyńca zdrojowiska. Świadczy między innymi o tym, że to pierwszy rok funkcjonowania kąpieliska to, że w ogłoszeniu mamy wymienione jako noclegi domki i brak restauracji, co właściciel chce rekompensować ułatwieniem prowadzenia własnej kuchni! lub przygotować wikt dla pojedynczych osób. Na podobnych zasadach łazienki funkcjonowały najprawdopodobniej do 1907 roku, kiedy to książę Aleksander Poniński zrezygnował z pełnienia funkcji urzędowych i mógł się poświęcić działaniom w swoim majątku, dopiero wtedy zostały rozbudowane łazienki.

  • II Wojna Światowa

    „Kostek” – żołnierz wyklęty i jego horynieckie epizody II

    Na przełomie 1943 i 1944 roku na terenie powiatu lubaczowskiego pojawiła się partyzantka sowiecka, była to tak zwana 1. Ukraińska Dywizja Partyzancka im Sydora Kowpaka, dowodzona przez ppłk. Petra Werszyhorę, walczyli głównie z Niemcami na tyłach frontu. Werszyhora (obecnie uważany za tzw Bohatera Związku Radzieckiego) często współdziałał z AKowcami przeciw nacjonalistycznym bojówkom upowskim.

    W połowie kwietnia 1944 roku przyprowadzono do „Kostka” sowiecki oddział partyzancki liczący ok 30 osób pod dowództwem Anatola Duba, chcieli dwóch przewodników, bo mieli pomysł, by w okolicy Nowin Horynieckich wysadzić most kolejowy. Kostecki odradzał wychodzenie z Narola na teren kontrolowany przez UPA, ale sowieccy partyzanci nie dali się przekonać. Wobec braku chętnych za przewodników Dub zaproponował dwie pepesze dla ochotników, i udało mu się namówić dwóch chłopaków. Wyruszyli o zmroku z Łukawicy. Kostecki został obudzony koło północy, gdyż z oddali było słychać strzały z broni maszynowej i rozbłysły rakiety świetlne. Palba dochodziła od strony Horyńca. Rano przybyły w okolicę Jędrzejówki resztki z oddziału Duba, okazało się, że wpadli pod Nowinami w pułapkę i trudno było się wyrwać. Zginęło 12 partyzantów i dwóch ochotników z kompanii „Narol”.

    Warto tutaj wspomnieć o tym, że na terenie Ukrainy nie było tylko jednej partyzantki – nacjonalistycznej UPA (współpracującej na początku z hitlerowcami), ale była jeszcze ukraińska sowiecka partyzantka, która zwalczała UPA i była zależna od Moskwy. UPA w szczycie swej popularności miała ok 35 tys. członków, natomiast sowiecka partyzantka 150 tys.

    na podst. „Przypadek czy przeznaczenie? Karol Kazimierz Kostecki Kostek (1917–1998)”

  • II Wojna Światowa

    „Kostek” – żołnierz wyklęty i jego horynieckie epizody I

    Poniżej bardzo krótka biografia „Kostka”, żołnierza wyklętego, którego szczególnie mieszkańcy powiatu lubaczowskiego powinni znać (źródło biografii: Wikipedia). Poznamy też niektóre jego epizody związane z ziemią horyniecką, na początek posterunek NKWD w Horyńcu.

    oklejka_kostek_mKarol Kazimierz Kostecki ps. „Kostek”, – żołnierz wyklęty – (ur. 27 lutego 1917 w Stanisławowie, zm. 14 stycznia 1998 we Wrocławiu) – kapitan piechoty Wojska Polskiego, absolwent Szkoły Podchorążych Piechoty, uczestnik kampanii wrześniowej 1939, kurier Komendy Głównej ZWZ-AK, żołnierz AK, kontynuował działalność w Zrzeszeniu „Wolność i Niezawisłość”, represjonowany w czasach komunistycznych, nauczyciel, działacz społeczny.

    Przed II wojną światową był żołnierzem, dowódcą plutonu w 79 Pułku Piechoty, 20 Dywizji Piechoty, Armii Modlin. Walczył w obronie Polski we wrześniu 1939 po ataku Niemiec hitlerowskich na Polskę. Uczestniczył w bitwie pod Mławą. We wrześniu 1939 został ranny. Od lutego 1940 działał w konspiracji niepodległościowej. Walczył w obronie ludności i ziem polskich przed nacjonalistami z UPA. 22 maja 1944 obronił ze swoim oddziałem Narol i okolice.
    Kostecki dwukrotnie został odznaczony Krzyżem Walecznych i Krzyżem Virtuti Militari V klasy. W styczniu 1947 został ujęty przez służby komunistyczne i skazany na sześciokrotną karę śmierci. Zamieniono ją następnie na mocy amnestii na 15 lat więzienia.

    „Kostek” z Narola miał przedostać się na drugą stronę granicy niemiecko-sowieckiej (ok 6 km od Narola) i przekazać tajne informacje. Był luty 1940 roku. Kostecki nie znał tych okolic, dlatego potrzebował kogoś, kto by go przeprowadził, tą osobą był przemytnik z Baszni, który kupował skóry po stronie niemieckiej i u siebie sprzedawał, to on przeprowadził go i przenocował w swoim domu, wskazując kierunek na stację kolejową w Horyńcu, gdzie dotarł koło południa. Na dworcu dowiedział się, że pociąg do Lwowa pojedzie dopiero jutro o 6 rano. Postanowił poczekać, bo obawiał się, że zadenuncjują go miejscowi ukraińscy strażnicy sowieccy. Mimo to i tak zaczepił go osobnik, który sprzątał stację i dworzec, zaczął wypytywać kim jest i skąd, po co się tu pojawił. Kostek był ubrany jak chłop i rozmawiał z miejscowym po ukraińsku wymyślając „bajeczki”, udało się go zbyć i przetrwać spokojnie noc w poczekalni. O 6 rano wykupił bilet do Lwowa. Niestety przed drzwiami stał kapitan NKWD i legitymował wychodzących, Kostecki nie miał dokumentów i został zatrzymany.

    Horyniec był wtedy tuż przy granicy i było pełno pograniczników, przemyt był powszechny, dlatego kręciło się sporo służb, które patrolowały okolicę. Kosteckiego zabrano na posterunek i zamknięto w małym pokoju. Siedziba Rejonowego NKWD w Horyńcu mieściła się na piętrze murowanego budynku Żyda Werkera przy zbiegu ulic Krótkiej i Zdrojowej. Był tam też posterunek milicji i punkt werbunkowy do Armii Czerwonej. W pomieszczeniu 3 x 4 m było łóżko i na podłodze spało 3 mężczyzn. Obserwując strażnika wyjął paczuszkę z zaszyfrowanymi informacjami i wsunął między deskę a siennik. Po chwili wyprowadzono go na przesłuchanie. Wtedy rozebrano go do naga i przeprowadzono szczegółową rewizję. Pytany o powody przekroczenia granicy cały czas mówił, że jedzie do rodziców, ale NKWDziści cały czas mówili mu, że jest szpiegiem niemieckim i straszyli psem. Przesłuchiwano go sześć razy, podczas ostatniej próby powiedziano mu, że jeżeli po sprawdzeniu okaże się to prawdą, to go wypuszczą. Kostecki myśląc, że go wypuszczą wyjął swoją paczuszkę i schował. Niestety znów zrobiono mu szczegółową rewizję, ale znaleziono tylko bibułki ze znakiem Sokoła. Kostecki siedział w Horyńcu dwa tygodnie, następnie został przewieziony do aresztu NKWD w Lubaczowie, potem do Lwowa. Tam dostał sześć miesięcy wyroku odsiadki i wyszedł na wolność we wrześniu 1940 roku.

    Poniżej budynek w Horyńcu, była willa Żyda Werkera, gdzie w czasie wojny NKWD przetrzymywało ludzi. Często wśród starszych mieszkańców Horyńca można usłyszeć, że była to też katownia NKWD i były nawet ofiary śmiertelne. Potem w czasach PRLu krążyły opowieści o straszących tam duchach mordowanych ludzi.

    willa werkera

    na podst. „Przypadek czy przeznaczenie? Karol Kazimierz Kostecki Kostek (1917–1998)”